
Postanowienie „od jutra więcej ruchu” zwykle przegrywa z kanapą, ale badaczka ze Stanforda przekonuje, że nie zawsze chodzi o silną wolę. To, ile chodzimy, w dużej mierze zależy od tego, jak zbudowana jest okolica: od długości kwartałów, przejść, chodników i bliskości parku czy sklepu. Dla studenta, który wybiera akademik albo pokój na wynajem, to całkiem praktyczna wiedza — a na końcu możesz sprawdzić, na ile twoja codzienna trasa sprzyja chodzeniu.
Ruch to jedna z najlepszych inwestycji w zdrowie i prawie każdy o tym wie. Mimo to plan „od poniedziałku chodzę więcej” rozsypuje się zwykle po kilku dniach. Dr Abby King, psycholożka kliniczna i profesorka Uniwersytetu Stanforda, od około dziesięciu lat bada, jak otoczenie wpływa na to, ile się ruszamy. Jej wniosek jest prosty: fizyczne i społeczne środowisko wokół człowieka w dużej mierze kształtuje jego zachowania.
Innymi słowy, jeśli do sklepu, biblioteki czy kawiarni trzeba jechać, bo pieszo się nie da albo jest nieprzyjemnie, to nawet najlepsze chęci przegrywają z wygodą. Zespół King stawia sprawę tak, żeby zdrowy wybór był po prostu łatwym wyborem.
Badacze mówią o walkability, czyli o tym, jak łatwo w danym miejscu chodzić pieszo, jeździć na rowerze albo poruszać się na wózku. Najwięcej znaczą rzeczy związane z układem ulic i odległościami:
Do tego dochodzą szczegóły, które łatwo przeoczyć, a które decydują, czy spacer jest przyjemny: chodniki, ławki, oświetlenie i przejścia dla pieszych. Wieczorny powrót ciemną ulicą bez chodnika mało kogo zachęci do rezygnacji z autobusu.
Najciekawszy jest wynik badania zespołu King opisanego w 2025 roku w czasopiśmie „Nature”. Osoby, które przeprowadziły się do miast bardziej przyjaznych pieszym, robiły średnio około 1100 kroków dziennie więcej. W skali tygodnia to prawie godzina dodatkowej aktywności – bez karnetu na siłownię i bez planu treningowego.
Według badaczki takie zmiany w otoczeniu działają niezależnie od wieku, płci, masy ciała i tego, jak aktywny ktoś był wcześniej. A więcej ruchu to mniejsze ryzyko chorób serca, cukrzycy, nadciśnienia i depresji.
Przeprowadzka to jednak nie jest rozwiązanie dla każdego. Dlatego zespół ze Stanforda stworzył program badawczy „Our Voice”. Mieszkańcy za pomocą aplikacji w smartfonie dokumentują, co w ich okolicy pomaga, a co przeszkadza w chodzeniu – dziurawy chodnik, brak przejścia, zgaszone latarnie. Potem pokazują zebrany materiał lokalnym władzom i razem szukają poprawek.
Program działa w ponad 30 stanach USA i w ponad 30 krajach na sześciu kontynentach. Co ważne, poprawa nie musi oznaczać drogich inwestycji. Czasem wystarczy nowe przejście dla pieszych, lepsze oświetlenie albo kawałek zieleni. Dobrym punktem startu bywają grupy i organizacje lokalne.
Większość studentów przynajmniej raz w trakcie studiów szuka pokoju, akademika albo mieszkania. Przy porównywaniu ofert zwykle liczy się cena i czas dojazdu, ale warto dopisać do listy jeszcze jedno pytanie: czy stąd da się normalnie chodzić pieszo? Sklep za rogiem, park w pobliżu, oświetlona droga na przystanek i na kampus to rzeczy, które każdego dnia dokładają kroków bez żadnego wysiłku.
To samo dotyczy samego kampusu. Jeśli między budynkami jest przyjemna trasa, łatwiej przejść się w przerwie niż czekać przy automacie z kawą.
Nawet jeśli okolica nie jest idealna, sporo da się zrobić samemu. Autorzy tekstu NIH podsuwają kilka pomysłów, które łatwo przenieść na studenckie realia:
Ile chodzimy, zależy nie tylko od motywacji, ale też od tego, jak zbudowana jest okolica: od długości kwartałów, przejść, chodników, światła i bliskości parków i sklepów. Przeprowadzka do bardziej przyjaznego pieszym miasta dawała w badaniu około 1100 kroków dziennie więcej. Kto nie planuje przeprowadzki, może wybrać mieszkanie z głową, zgłaszać problemy w swojej okolicy i wplatać krótkie spacery w zwykły dzień. Źródło: NIH News in Health.
5 pytań · minuta